Zdjęcie wpisu Odrzania. Podróż po ziemiach odzyskanych

Na książkę „Odrzania. Podróż po ziemiach odzyskanych” natknąłem się w jednym z portali książkowych. Od razu mnie zainteresowała, wszak dotyczy Pomorza! Opis nie był jednoznaczny, budził zaciekawienie i drobne kontrowersje. Dobra, robota, macie mnie. Postanowiłem książkę kupić i przeczytać. Jeszcze nim do mnie dotarła, słyszałem kilka dość niepochlebnych opinii, ale trzeba sobie samemu wyrobić zdanie. Nie pierwszy raz w literaturze faktu podejmuje się próbę „rozliczenia” przejęcia przez Polskę ziem zachodnich i północnych, repatriacje i przesiedlenia. Wpisuje się to w bardzo modny nurt dziennikarski „szukania tożsamości” mieszkańców „ziem odzyskanych”. Czy my, mieszkańcy Pomorza, Szczecina faktycznie mamy problemy z tożsamością i musimy jej szukać?

Książkę przeczytałem w kilka dni... i nie było łatwo. Dawno tyle karteczek nie wkleiłem do książki, a lekturę co chwilę przerywałem, by sięgnąć po telefon i weryfikować informacje w internecie. Książka mnie irytowała, ale były chwile gdy budziła zainteresowanie, a nawet potakiwałem twierdząco głową. Książka Zbigniewa Rokity na pewno wzbudzi dyskusję — i bardzo dobrze — mój artykuł jest jednym z wielu głosów.

Nazwę „Odrzania” autor sobie wymyślił, bo nie funkcjonuje ona w powszechnym obiegu. Faktycznie fajnie brzmi i jest chwytliwa. Rokita próbuje jednym słowem określić wszystkie „ziemie odzyskane”, w ten sposób jest o wiele łatwiej pisać. Jednak termin „Odrzania”, moim zdaniem, jest nieadekwatny. Reporter zdaje sobie z tego sprawę, że jego idea troszkę kuleje, bo gdzie Warmii i Mazurom do Odry? Na terenie Polski istnieją dwa wielkie zlewiska rzek: Wisły i Odry. Jednak trzecim największym zlewiskiem jest dorzecze rzek Przymorza, i tego obszaru najbardziej brakuje w książce. Autor skupia się na miastach, tych największych, mimo że z nazwy wspomina mniejsze miasta jak np. Choszczno. Zabrakło opowieści z prowincji... bardzo zabrakło.

Wychowując się w Sławoborzu, Odrę zobaczyłem dopiero w roku 2000. Dla mnie ważniejsza była Pokrzywka, Pokrzywnica, Parsęta albo Rega. „Odrzania” jest więc jedynie koncepcją literacką, reporterską.

Rokita snuje swoją opowieść bardzo emocjonalnie, pisze o prawdopodobnych uczuciach osób zasiedlających ziemie zachodnie. Wychodzi to dość dziwnie, bo otrzymujemy ładunek emocji, przeżyć, taką kumulację, która ma wyjaśnić postawy i zachowania... a potem wszystko to rozbija się o wypowiedzi rozmówców. Wyobrażam sobie, jak autor mruga zaskoczony, że wyjaśnienie jest tak proste i nikt nie miał takich „rozkmin” w tamtym czasie. Życie było proste i proste były uzasadnienia.

Przeczytałam ponad tysiąc pamiętników osadników i tam więcej niż o Niemcach pisano, chociażby o przyrodzie. Bo może dla ludzi to, że będąc z gór, znaleźli się nad morzem, albo że będąc z pojezierza litewskiego, trafili na zanieczyszczony Śląsk, było ważniejsze niż to, że akurat były to tereny poniemieckie?

- poznańska historyk Małgorzata Praczyk

Chyba najlepszą rozmową, która utkwiła mi w pamięci, jest rozmowa z 93-letnim Zbigniewem Czarnuchem z Witnicy. Jego słowa właściwie niweczą cały trud autora, by zbudować emocjonalny obraz osadnika.

Istnieje, proszę pana, racja czasu. Proszę mi wierzyć, nie ma jednej prawdy. Trzeba jej nieustannie szukać, nie znajdzie jej pan zapisanej raz na zawsze w żadnej świętej księdze. Co innego znaczy kraść, gdy jest się sytym w czasie pokoju, a co innego gdy jest się głodnym w czasie wojny.

Świetne słowa. Czym innym był stosunek do „poniemieckiego” zaraz po wojnie a czym innym jest teraz. Wojna dotknęła każdej rodziny, każdy miał rachunek krzywd do wyrównania. Za zabitych członków rodziny, za zniszczony dom i dobytek. Wojna uczyniła ludzi nędzarzami, również w wymiarze etycznym. Musiano się podnieść ze zniszczeń emocjonalnych, fizycznych i etycznych... na to trzeba było czasu. Dzisiaj już nie dźwigamy takiego balastu. To raczej świadomość niż nienawiść czy poczucie krzywdy.

Szczecin1945 Autorowi (mimo redakcji historycznej) zdarzają się lapsusy. Już na samym początku stwierdza, że „[...] taki Breslau czy Stettin niemal do końca wojny nie doznały szczególnych zniszczeń.” Zniszczenia wojenne szczecińskiej zabudowy oszacowano na 45%, a niektórych dzielnic jak Stare Miasto czy Łasztownia nawet na 75. Co prawda autor poprawia się przy końcu książki, gdzie wspomina o wywozie cegieł z miast „ziem odzyskanych”, ale już na samym początku taki lapsus nie wygląda dobrze.

Pada również stwierdzenie, że „[...] granica polsko- niemiecka była przez setki lat jedną ze spokojniejszych granic w tej części świata.” Nic bardziej mylnego. Granice pięknie były wyrysowane na mapie, jednak w rzeczywistości to wcale nie była nieprzekraczalna linia zasieków, z budkami i psami. Podczas wojny trzydziestoletniej przez granice polsko-pomorską przetaczały się oddziały szwedzkie, wykonując rejzy na wojska cesarskie na Pomorzu. Podobnie było podczas wojny siedmioletniej. Granicę Rzeczpospolitej przekraczały wojska pruskie i rosyjskie, jakby jej nie było. Kawaleria pruska wjechała do wielkopolski w 1759 roku, niszcząc rosyjskie magazyny. Rosjanie maszerowali sobie przez Pomorze Gdańskie i przez rzeczpospolitą do Wielkopolski. Granica się nie zmieniała, ale wrzało na niej jak wszędzie indziej.

By wyjaśnić poczucie tymczasowości, jakiego doznawali polscy osadnicy, autor sprawdza „[...] jak w pierwszych powojennych latach do polskości Ziem Odzyskanych odnoszą się Brytyjczycy i Amerykanie [...]”. Cytuje więc słowa Churchilla:

Byłoby nieszczęściem tak przekarmić polską gęś niemieckim jadłem, żeby zdechła z niestrawności.

Te słowa znamy ze wspomnień Churchilla i miały one paść na konferencji w Jałcie, w lutym 1945 roku. Nie są to więc „pierwsze lata powojenne” i raczej nie miały wpływu na emocje zwykłych ludzi. Kto w tamtym czasie czytał wspomnienia premiera Wielkiej Brytanii? Owszem, oddają niepewne stanowiska aliantów podczas trwających negocjacji co do nowego kształtu Europy.

Jest fragment, w którym Rokita pisze:

Po wojnie władze tworzą ziemię lubuską, Lubuszczyznę, twór sztuczny, największego Frankensteina Ziem Odzyskanych, zlepek strzępków różnych polskich i niemieckich ziem [...] to tak jakby Niemcy swoje województwo nazwali „szczecińskie” czy Litwini „suwalskie”.

Bundesarchiv R 49 Bild 0129 Ausgesiedelte polnische FamilieAutor doskonale wie, że ziemia lubuska jest krainą geograficzno-historyczną i jej część leży obecnie w Polsce... użyczając swej nazwy całemu województwu. Czy to coś dziwnego? Nie, Niemcy mieli Grenzmark Posen-Westpreußen (Marchia Graniczna Poznańskie-Prusy Zachodnie). Ani to były Prusy ani Wielkopolska, a nazwę użyczył Poznań, będący w Rzeczpospolitej.

Tak jedynie uszczypliwie dodam, że Frankenstein to nazwisko rodowe doktora z powieści Mary Shelley i jeśli już chcemy mówić o czymś ze zlepków to raczej o "potworze Frankensteina". Ale wszyscy wiedzą, o co chodzi, więc się nie czepiam.

Wydaje mi się, że autor wyrywa wydarzenia z kontekstu historycznego. Tak jakby grubą kreską kreśli cezurę czasową na rok 1945, lekceważąc wszystkie procesy (i podobieństwa wydarzeń) sprzed tego czasu. Albo wspomina je w ogólnikach na zasadzie „[...] tego, co Niemcy długo sami robili innym”. Ale to ma przecież kolosalne znaczenie. Bo perspektywa zmienia się kompletnie, kiedy dowiemy się, co robili Niemcy na terenach rzeczpospolitej przyłączonych do III Rzeszy. Historycznie przesiedlenia Niemców wydają się usprawiedliwione. Łatwo nam jest oceniać wydarzenia czy metody, które wtedy miały miejsce, pminęlo tyle lat od wojny i my dzisiaj nie czujemy tamtych emocji. Raptem 6 lat wcześniej Polacy doświadczali tego samego... a nawet gorzej, bo Niemców nikt nie wysyłał do obozu koncentracyjnych albo niewolniczej pracy. Właśnie! Praca przymusowa to kolejny element, którego zabrakło w tej układance.

Wysiedlenia przeprowadzano najczęściej w późnych godzinach wieczornych lub wcześnie rano. Wysiedleńcy mieli na spakowanie podstawowych rzeczy około pół godziny. Zezwalano im na zabranie bagażu ręcznego o wadze około 12 kg na osobę (od wiosny 1940 podniesiono ją do 25–30 kg) oraz pieniądze w kwocie 200 zł. Pozostały majątek musieli zostawić przyszłym niemieckim kolonistom.

Wikipedia: Wysiedlenia_Polaków_podczas_II_wojny_światowej_dokonane_przez_Niemców

Może to próba udramatyzowania opisywanych historii, albo zbudowanie jakiegoś poczucia „polskiej winy”. Jednak próba ta nie wytrzymuje konfrontacji z faktami sprzed autorskiej grubej kreski. Wspomnienie sposobu potraktowania Polaków przez Niemców, mocno osłabiłby przekaz. A wystarczy w opowieściach autora zamienić Niemca na Polaka i robi się nieswojo... i prawdziwie.

Dlaczego autor nie wspomina o Heim ins Reich, (masowym i nie zawsze dobrowolnym) programie przesiedleń Niemców z obszaru ZSRR, Rumunii i krajów Nadbałtyckich? Gdzie ich przesiedlono? Między innymi do Kraju Warty, części Polski wcielonej do III Rzeszy. Już wtedy pojawiło się pojęcie „kalte Heimat”, jednak autor wspomina o tym już tylko w kontekście „wypędzeń”, przesiedleń do Niemiec po roku 1945.

[...] całą wschodnią i południowo-wschodnią Europę częściowo wypełniają odpryski niemieckiego narodu. Właśnie w tym leży powód i przyczyna następujących międzypaństwowych konfliktów. W epoce pryncypium narodowości i idei rasowej utopijna jest wiara, iż członkowie wysokowartościowego narodu mogą zostać zasymilowani. Zatem zadaniem perspektywicznego porządku europejskiego życia jest przeprowadzenie przesiedleń, aby tym sposobem zlikwidować część europejskiego podłoża konfliktów.

– Adolf Hitler mowa wygłoszona w Reichstagu 6 października 1939 roku

Wikipedia: Heim_ins_Reich

1920px NSDAP Wahl 1933Wiele miejsca poświęcone jest procesowi „odniemczania” jak zmiana nazw miejscowości czy ulic. Trochę sobie z tego autor dworuje, gdy wspomina zdejmowanie patronatu Mozarta czy Gutenberga. Warto może wspomnieć, że Niemcy najpierw sami rozpoczęli akcję zmian nazw ulic i wysypały się Adolf Hitler Strasse. Ten proces tak samo zadziałał w Kraju Warty, a nawet w Generalnym Gubernatorstwie. Pan Zbigniew Czarnych zapytał retorycznie, czy mielibyśmy mieszkać na ulicy Adolfa? Zmiana nazw ulic to naprawdę nic dziwnego, zwłaszcza po wojnie.

Tutaj warto wspomnieć, że Pomorze, Prusy Wschodnie i Frankfurt nad Odrą były bastionem sił wyborczych NSDAP. W wyborach parlamentarnych w Republice Weimarskiej w marcu 1933 roku, na obszarach tych ponad 50% wyborców opowiedziało się za nazistami. Fakt ten jest w „Odrzani” przemilczany.

Z kronikarskiego obowiązku odnotowuję, że w Szczecinie mamy „przystanki na żądanie”, oznaczone w nazwie przystanku jako „nż”. Może zatem tylko Wrocław jest taki kulturalny i przystanki są „na życzenie”?

Książka prezentuje bardzo czarno-biały obraz ziem zachodnich i północnych. Albo Polska, albo Niemcy. Przecież to tak nie wyglądało.

Oczywiście bywały miejsca, gdzie na Odzyskanych Słowian i słowiańskiej historii było więcej — tu i ówdzie na Górnym Śląsku czy Pomorzu — ale polskie władze w czterdziestym piątym nie dzielą włosa na czworo [...] to polskie ziemie, że tu od zawsze była Polska, że Niemcy przypałętali się tylko na mgnienie oka, na jakieś raptem 600 czy 800 lat

Bundesarchiv R 49 Bild 0705 Polen Herkunft der Umsiedler KarteHistoria wcale nie jest taka prosta. Upraszczając pojęcia do „Polska” i „Niemcy” (zwłaszcza w przypadku Niemiec, bo co uznamy za „Niemcy”? Księstwo Brandenburskie? Księstwo, a potem królestwo Prus? Cesarstwo Niemieckie vulgo Rzeszę Niemiecką?) i skupiając się na Szczecinie, to formalnie przynależy on do „Niemiec” od 1720 roku. Traktaty sztokholmskie potwierdzają jego sprzedaż przez Ulrykę Eleonorę Wittelsbach, królową Szwecji, królowi Prus, za 2 miliony talarów. Fryderyk Wilhelm nie czeka na formalności, ale za datę przejęcia Szczecina przyjmuje rok 1719, co odnotowuje na nowej Bramie Berlińskiej. Do roku 1945 daje nam to 226 lat... troszkę mniej niż 600 czy 800. Właściwie przez większość swojej historii Szczecin nie był „niemiecki”... był swój, pomorski. Podobnie Pomorze Tylne, które zostało włączone do Brandenburgii w 1648 roku (pokój westfalski) daje nam taptem 297 lat „niemieckości”. W 1659 roku szedzki Szczecin z „niemieckimi” mieszkańcami skutecznie broni się przed wojskami „niemieckiego” Wielkiego Elektora Frryderyka Wilhelma.

Ktoś powie: no dobra, ale w księstwie pomorskim panowała niemiecka kultura i języka. Na dworze księcia i w dużych miastach — możliwe. Jednak warto odnotować pewien interesujący fakt. 25 lipca 1601 roku stany okręgów sławieńskiego, słupskiego i lęborsko-bytowskiego składały w Szczecinie hołd lenny Barnimowi X. Ceremonię trzeba było odroczyć, bo okazało się, że większość składających ślubowanie nie zna języka niemieckiego i rotę ślubowania przetłumaczono na język wendyjski.

Polecam artykuł: O szlachcie pomorskiej co niemieckiego nie znała

Gryfici stają się książętami krwi Rzeszy dopiero w 1521 roku, kiedy książę Bogusław X składa hołd lenny cesarzowi Karolowi V. Książę musiał władać językiem wendyjskim lub polskim, gdyż spędził sporo czasu w Krakowie na Wawelu. Jeszcze Bogusław V i Warcisław IV porozumiewali się z polskimi królami bez tłumaczy. Po włączeniu do Rzeszy germanizacja rodu panującego następuje dość szybko, ale nigdy nie uważali się za „Niemców”.

Rokita słusznie pisze, że boom na zainteresowanie przeszłością następuje po roku 1989. Chociaż nie ma do końca racji, stwierdzając:

Bo zaraz po osiemdziesiątym dziewiątym Odrzanie niewiele wiedzą o przedwojennej historii tych miejsc, brakuje książek, mędrców, archiwów, za komuny serwowano tu opowieść o historii, która była pierogiem bez farszu, poszwą bez kołdry [...]

To jest zupełna nieprawda. Oczywiście, że w czasach PRLu wszystko było skażone „piastowatością” ale było mnóstwo dostępnych materiałów historycznych. Wystarczy wspomnieć Gerarda Labudę i jego książki poświęcone historii Pomorza. Państwowe Archiwum w Szczecinie czy Muzeum Narodowe nie pojawiło się ze swoimi zasobami znikąd po 1989. Przedwojenna historia Pomorza funkcjonowała nawet w beletrystyce Ireneusza Gwidona Kamińskiego, Teresy Bojarskiej czy Małgorzaty Duczmal... a nawet poezji historycznej Czesława Kuriaty i Stanisława Misakowskiego.

Autor sam nie do końca wierzy w to co pisze, w ideę „Odrzanii”. Wyraża to słowami:

Mało kto chce mi wierzyć, że odkryłem Odrzanię, że jakaś Odrzania w ogóle istnieje. Na ogół podoba im się słowo „Odrzania”, ale cały pomysł na tę książkę uznają za żart. Nie wiem, mam momenty, gdy sam zaczynam myśleć, że całą tę Odrzanię sobie ubzdurałem. Bo, jak to się mówi: jeśli pięć osób mówi ci, że jesteś pijany, to może nie powinieneś się upierać, że jest inaczej? [...] Wygrzebuję z przeszłości elementy, które wcale nie jestem przekonany, czy mają ze sobą wiele wspólnego [...] A potem układam to wszystko w opowieść, pastwię się nad historią i pisząc swój knajpiany poemat reporterski, ogłaszam — oto Odrzania!

W moim odczuciu tak faktycznie jest, „Odrzania” została wymyślona na potrzeby reportażu. Prawda historyczna jest o wiele bardziej złożona. Nie da się startować od pewnego punktu, ignorując wszystko, co było wcześniej. Tak rzeczywistość nie działa. W buddyzmie funkcjonuje pojęcie suññatā (pali. pustka), które w uproszczeniu oznacza, że żadne zjawiska/rzeczy nie posiadają własnej, samoistnej natury — pojawiają się jedynie w zależności od innych zjawisk/rzeczy. Dokładnie tak należy rozpatrywać wydarzenia, które próbuje opisać autor. Należy sięgnąć do czasów wcześniejszych o kilka, a nawet kilkaset lat. Bardzo często w dyskusji o tożsamości czy zainteresowaniu przeszłością, nie sięga się głębiej niż 200 lat.

Kończąc pastwienie się nad „Odrzanią” dopowiem, że były fragmenty, które mi się podobały. Bardzo interesująca była wrocławska historia o dzikim składowisku nagrobków. To mój ulubiony fragment tej książki, mocny, sugestywny opis... to miejsce musi być doprawdy niesamowite. Porusza ciekawy temat traktowania niemieckich nagrobków. Pamiętam, że na placyku przed wejściem do nowego budynku mojej szkoły w Sławoborzu, jedna z płyt była pozostałością po nagrobku. Napisy zatarto warstwą zaprawy. W Szczecinie wiele murków jest wykonanych z fragmentów nagrobków. O tym się nie mówi, to wciąż temat tabu.

640px Wystawa Ziem Odzyskanych Wroclaw VII IX.1948 krotki przewodnik. 1948 74693185Dużo racji ma Rokita, pisząc o peryferyjnym traktowaniu ziem zachodnich i północnych, przez Polskę centralną. Szokujące są wręcz dane o środkach przeznaczanych na renowację zabytków. Zawsze bolała mnie ta jawna niesprawiedliwość, wypychała nas w kompleksy wobec Poznania, Warszawy czy Gdańska. Może to jest jedna z przyczyn „kosy” z Lechem Poznań? Szczecin nigdy nie po drodze, Szczecin zawsze daleko. Ale mam wrażenie, że to już się zmienia.

Podsumowując, „Odrzania” to literacki reportaż w pełnym tego słowa znaczeniu (a od lektury reportaży Kapuścińskiego, jestem do nich uprzedzony. Autor jedynie zarysowuje powierzchnie zagadnienia. Więcej w niej wyobrażeń, emocji, przemyśleń oderwanych, ahistorycznych. Kilka tez, które autor próbuje (sobie?) udowodnić. Na pewno zabrakło przygotowania historycznego, prawdziwej próby zrozumienia procesów dziejowych i społecznych w kontekście historii. Moim zdaniem należy ją potraktować jako prowokację bez złych intencji. „Odrzania” prowokuje do rozmów, których autor siłą rzeczy nie mógł przeprowadzić, nie mógł być wszędzie. Brakuje prowincji, mniejszych miast... zwłaszcza Pomorza. Ale książka, mimo że nie oceniam jej wysoko, dała mi inspirację. Już jedzie do mnie spora ilość książek poświęconych przesiedleniom i wspomnieniom pionierów. Z półki mrugają do mnie „Lata pionierskiego trudu. Wybór wspomnień mieszkańców ziemi koszalińskiej” (pochodząca ze zlikwidowanej w latach 90. szkoły podstawowej w Ślepcach). Więc dobrze, że ta książka powstała i dzięki niej możemy rozmawiać, szukać głębiej.

Bardzo podoba mi się okładka nawiązująca do instalacji z Wystawy Ziem Odzyskanych w 1948, iglicy i łuków projektu Stanisława Hempla.

Addendum

Pragnę podzielić się kilkoma przemyśleniami, które nasunęły się po lekturze książki Zbigniewa Rokity:

1. Mieszkam na Pomorzu Zachodnim od urodzenia i jestem trzecim pokoleniem Pomorzan. Jestem Polakiem, a jednak czuję się duchowym spadkobiercą mieszkańców Księstwa Pomorskiego i Prowincji Pomorze. Oczywiście znacznie bliżej jest mi do tych o słowiańskich korzeniach, ale nie da się wyrugować „niemieckiego śladu”. Zresztą nie ma takiej potrzeby. Mieszkając na tych ziemiach, nie ma innej możliwości jak zaakceptować ich historię. Im więcej tej historii poznaję, tym bardziej się w niej rozsmakowuję. Trzeba przekroczyć „magiczną barierę” ostatnich 200 lat i odkrywać starsze dzieje. Mogę więc śmiało powiedzieć, że nie mam problemów z tożsamością, nie muszę jej poszukiwać ani budować. Opowiadano mi historię, w której powiedziano, że „Szczecin to nie jest polskie miasto” i mieszkają tutaj „folksdojcze”. Pewien autor książek podróżniczych powiedział, że „[...] natychmiast oddałbym Szczecin Niemcom, bo to nie jest polskie miasto”. Tu jest Pomorze, tu jest Szczecin, tu jest Polska!

2. W historii Szczecina jest wiele ważnych dat, o których powinniśmy pamiętać: 1121, 1124, 1630, 1648, 1659, 1677, 1806, 1945. Nie ma żadnych „niemieckich” dat. Moim zdaniem szczególnie hucznie powinny być obchodzone: 3 kwietnia 1243 roku, czyli data lokowania miasta na prawie magdeburskim oraz 5 lipca 1945, rok, w którym polska administracja ostatecznie przejęła Szczecin. Nie ma się co zżymać ani wstydzić.

3. Terminy „Ziemie Odzyskane” i „Wyzwolenie Szczecina” budzi już od lat gorące dyskusje. Przez lata powtarzała je propaganda PRL, więc nic dziwnego, że dzisiaj źle się kojarzą. Można oczywiście dorobić do nich filozofię. „Ziemie Odzyskane” zostały odzyskane od żywiołu germańskiego dla Słowiańszczyzny. Bo tych kilka przypadków, kiedy księstwo/królestwo polskie miało w swych granicach te ziemie, nie są wystarczającą legitymizacją dla „odzyskania”. Podobnie z „wyzwoleniem”, można je uznać za „wyzwolenie od nazizmu”. W 1945 roku nazizm raczej nie był już tak popularny jak w 1939 roku i wielu Niemców czuło się zakładnikami nazistowskiej ideologii. Chyba tylko takie wyzwolenie ma sens, bo „wyzwolenie Niemców od Niemców” już go nie ma. Ale to naciągane wytłumaczenia, prawda? Jasne, że naciągane. Moim zdaniem lepiej używać określenia „ziemie zachodnie i północne” albo nazw własnych jak Pomorze Zachodnie.

4. Zainteresowanie dawnym Szczecinem, chęć odkrywania i ratowania jego zabytków nie czyni nikogo „ukrytą opcją niemiecką”. Zachowajmy przy tym rozsądek, zarówno przy chęci odbudowy jak i w krytyce.

Tytuł: Odrzania. Podróż po Ziemiach Odzyskanych
Autor: Zbigniew Rokita
Wydawnictwo: Znak Litera Nova
Miejsce: Kraków
Data wydania: 2023
Ilość stron: 311