Zdjęcie wpisu Sydonia. Poemat historyczny

Po tomiku wierszy Czesława Kuriaty poświęconemu Bogusławowi X czas na kolejny zbiorek. Stanisław Misakowski postanowił zagrać na lutni dla Sydonii von Borck. Mieszkańcom Pomorza nie trzeba przedstawiać tytułowej Sydonii z rodu tak starego jak sam diabeł — rodu Borków. W kilku słowach można skrócić jej legendę do zerwanych przez Ernesta Ludwika zaręczyn i rzekomej klątwy (przepowiedni?) rzuconej przez odtrąconą dziewczynę. Kolejni książęta gryficcy zasiadali na tronie w Szczecinie i umierali, a Sydonia procesowała się z bratem Ulrykiem i dalszą rodziną. Ostatecznie zamknięta w „klasztorze” dla panien z domów szlacheckich. Przypomniano sobie o rzekomej klątwie, kiedy kolejny Gryfita zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach. Areszt domowy, więzienie w Oderburgu, proces, podwójne tortury i ostatecznie wyrok skazujący, ścięcie na książęcym kruczym kamieniu i spalenie. Prochy trafić miały do Odry albo na cmentarz dla ubogich w okolicy dzisiejszych Pomorzan. Tak oto prawda przeplata się z legendą.

Legenda fascynowała już niedługo po faktycznych wydarzeniach. Wilhelm Meinhold (1797–1851) jako pierwszy zbeletryzował legendę w 1843 roku, pisząc romans „Sidonia von Bork, die Klosterhexe” (Sydonia von Borck, klasztorna wiedźma). Powieść została przetłumaczona na język angielski przez Jane Frances'ca Elgee (1821–1896) i opublikowana w 1849 roku pod tytułem „Sidonia the Sorceress”. Pomorska szlachcianka, domniemana czarownica, zrobiła międzynarodową karierę, prawie jak Eryk Pomorski. XVIII-wieczna kopia domniemanego portretu Sydonii von Borck trafiła po 1945 roku do obecnego Muzeum Narodowego w Szczecinie, gdzie po dziś dzień znajduje się na wystawie stałej „Złoty wiek Pomorza. Sztuka na dworze książąt pomorskich w XVI i XVII wiek”. Mojej ulubionej.

Być może ten obraz a może zasłyszana legenda zainspirowały Stanisława Misakowskiego do napisania tej lirycznej poezji?

Warto wspomnieć kilka słów o samym autorze, bo przez wiele lat był związany ze Świdwinem i wniósł bardzo wiele w rozwój kultury miasta. Urodził się na Ukrainie, doświadczył wszystkich „atrakcji” ZSRR z wojną i łagrem. Po wojennej zawierusze, przez wiele lat zamieszkiwał na Pomorzu Zachodnim: w okolicy Połczyna-Zdroju, w Świdwinie i Słupsku. Siłą swoich starań w latach 1964-1968 przyczynił się do odbudowy z ruin XIV-wiecznego gotycko-barokowego zamku w Świdwinie. Był kierownikiem Wydziału Kultury i Sztuki Prezydium PRN w Świdwinie i zainspirował powstanie wielu cyklicznych imprez kulturalnych jak Świdwińskie Noce Filmowe, Pomorskie Dni Literatury, Ogólnopolskiego Festiwalu Muzyki i Piosenki Żołnierskiej w Połczynie-Zdroju, który stał się zalążkiem późniejszego kołobrzeskiego festiwalu oraz trwający do dzisiaj Ogólnopolski Konkurs Poetycki im. Jana Śpiewaka i Anny Kamieńskiej.

Misakowski, mieniąc się „Hamletem XX” wieku, poświęca Sydonii białe wiersze, pełne emocji i symboliki. Osobiście bardziej podobały mi się wiersze Czesława Kuriaty, prawdziwe poematy historyczne. Biały wiersz jest trudniejszy w odbiorze i nie każdy pochwyci emocje zawarte w kilku prostych słowach, ich połączeniu czy rytmie. Autor łączy swoją teraźniejszość, pisząc o „kosmicznym balu”, otwierając i zamykając zbiorek, z przełomem XVI i XVII wieku. W jakiś niedostępny dla mnie sposób, autor znalazł połączenie między grobami ofiar wojny a losem Sydonii:

chodzę po ogrodzie pomników
wchłaniam muzykę
zeszłorocznych liści

milczą Imiona
milczą Nieznani

na kolczastych gałęziach
owoce naszych dni

I dalej:

chcę wiedzieć
kto rzucił klątwę
na sześć milionów moich braci
zamordowanych

Ta poezja zyskuje na wielokrotnym czytaniu, kiedy zaczyna się kontemplować pojedyncze słowa. Trochę jak zaklęcia. Najpierw słowa nie mają związku ani sensu. Dopiero po jakimś czasie nabierają znaczenia, magia zaczyna działać i pojawiają się obrazy i uczucia. Da się odczuć złość, samotność, ból i stratę a w końcu bezradność i smutek. Cała historia Sydonii opisana raptem kilkoma słowami. Tylko poezja potrafi takie czary.

Jeden z fragmentów zainteresował mnie szczególnie:

czy nie wiesz
że
ani kometa
ani wieloryb na wyspie Wolin
nie odciążą oczu

W 1618 roku na nocnym niebie pojawiły się aż trzy komety! Dwie z nich przestały być widoczne po kilku dniach, jednak największa z nich, oznaczona przez współczesnych naukowców jako C/1618 W1, była widoczna aż do następnego roku. Jak wiemy, dawniej komety uważano za zapowiedź wielkich nieszczęść... i być może zapowiedziała nadejście wojny trzydziestoletniej (1618-1648). Kometa zrobiła wielkie wrażenie na ówczesnych. Poświęcono jej pamiątkowe medale, ilustracje, a nawet poematy jak „Piesn O Komecie, ktory był widzian w Roku 1618. Miesiąca Nowembra”.

Poniższy srebrny medal wybito w 1619 roku. Kometa otoczona wieńcem laurowym, z datą pierwszej obserwacji (19 listopada 1618). Na rewersie napis „Nikt, kto naprawdę wierzy w Boga, mnie nie przegapi”. Z wody wyłaniają się dłonie złożone do modlitwy, świecznik i kłosy zboża. Być może miała to być modlitwa o odwrócenie klęski nieurodzaju, z którą wiązano kometę.

medal kometa 1618

Landesmuseum Württemberg, Stuttgart (CC BY-SA)

German School Comet seen over Augsburg end of November 1618

A wieloryb? Zdarza się, że te wielkie morskie zwierzęta zapuszczają się na Bałtyk. W 2014 roku były obserwowane czterokrotnie w okolicy Rugii. 12 maja 1620 roku, martwego wieloryba morze wyrzuciło na woliński brzeg w okolicy Dziwnowa. Ludwig Kücken w „Geschichte der Stadt Cammin im Pommern, und Beiträge zur Geschichte des Camminer Dom-Capitels” (str. 91) wzmiankuje, że

[...] wieloryb miał 57 stóp długości, obwodu ciała stóp 30 a w cielsku tkwiła „część pioruna” [Donnerteil (!?)]

Żródło: Ludwig Kücken w „Geschichte der Stadt Cammin im Pommern, und Beiträge zur Geschichte des Camminer Dom-Capitels” (str. 91)

Truchło wzbudzało wielkie zainteresowanie, i ludzie przybywali z bliska i daleka, by je zobaczyć. Szczeciński książę Franciszek I kazał je wyciągnąć na brzeg i poćwiartować. Mięso oraz tłuszcz (drugiej świeżości) zostało rozdane okolicznym mieszkańcom, a kości trafiły do kilku pomorskich kościołów. Głowa i jedno żebro dostarczono do Szczecina, by zawiesić je na murze zamku Książąt Pomorskich. Można było je tam oglądać jeszcze na początku XX wieku.

Więcej informacji o wielorybach żywych i martwych, napotkanych na wybrzeżu Bałtyku, przeczytacie tutaj: iswinoujscie.pl: Dar czy dopust boży?

Misakowski nie unika błędów, chociaż w jego przypadku drobnych. Ulricha, który był jej bratem i z którym procesowała się o spadek po rodzicach, nazywa „kuzynem”. Mówi też o „habicie”, nawiązując w ten sposób do „klasztoru” w Marianowie. Ale to nic w porównaniu do błędów i przeinaczeń, jakie popełnia Zygmunt Boras w posłowiu. Przywołuje on badania Georga Selo i zebrane przez niego dokumenty. Dostajemy również skrót legendy, w najpopularniejszej jej formie. Wymienia kolejno „zejścia” Gryfitów. I to wszystko jest zgodne z aktualnym stanem wiedzy. Informacji o Borkach biorących udział w spisku (zamach 20 lipca 1944) nie udało mi się potwierdzić. Jednak pod koniec dostajemy trochę fantazji:

Wszędzie gdzie była, dawała wyraz swojej nienawiści do Gryfitów.

Gryfici byli raczej dobrodziejami Borkówny (do czasu, oczywiście). W 1570 roku w wyniku decyzji księcia Jana Fryderyka prawnymi opiekunami panien von Borck zostali Martin i Hasso von Wedel, którzy mieli zabezpieczyć ich interesy. Sydonia wygrywała każdy proces, a komisje książęce były jej przychylne. Jej kolejnymi opiekunami z łaski księcia zostają Ludwik von Eberstein i Kersten Manteufel. W 1580 roku książę nakazuje zajęcie dóbr Ulricha, jako zabezpieczenie płatności na rzecz Sydonii i Doroty von Borck. Dopiero w 1589 roku mogła wypaść z łask, gdyż została uwikłana w proces o zniesławienie księcia Jana Fryderyka, mając plotkować o jego ochoczym korzystaniu z ius prime noctis (prawa pierwszej nocy). Mimo to sądy są jej przychylne jeszcze w 1591 roku, nakazując Ulrichowi znalezienie siostrom mieszkania w Resku. Dlaczego miałaby nienawidzić Gryfitów?

[...] książę Bogusław XIII pod naciskiem swego otoczenia nakazał sześćdziesięcioletnią już wtedy kobietę zamknąć w klasztorze żeńskim w Stargardzie.

Ani klasztor, ani w Stargardzie, ani z nakazu Bogusława XIII. Z inicjatywy książąt powstał specjalny dom dla panien ze szlacheckich rodów, które z jakichś powodów nie miały szansy na zamążpójście. Mieścił się na terenie sekularyzowanego klasztoru w Marianowie, ale nie był zgromadzeniem religijnym, ani nie posiadał reguły klasztornej. Co prawda używano tytulatury zakonnej, sama Sydonia ze względu na wiek i pochodzenie miała zostać zastępczynią „matki przełożonej”, jednak nie był to formalny klasztor, gdyż luteranie takowych nie prowadzili. Marianowo znajduje się między Szadzkiem a Stargardem. Więc również dobrze można by powiedzieć, że był w okolicy Szadzka jak i Stargardu. Borkówna zamieszkała tam w 1604 roku, ponoć z inicjatywy rodziny, nie księcia, i w sytuacji, w jakiej się znajdowała, można uznać, że było to dobrowolne.

Dochodziło do licznych konfliktów między nią i przeoryszą, aż pewnego dnia Sydonia siekierą rozbiła zamki furty klasztornej i wydostała się na wolność.

Została oskarżona o czary przez pensjonariuszki Marianowa już w 1612 roku i prewencyjnie zastosowano wobec niej areszt domowy, na terenie ośrodka. Wtedy faktycznie próbowała się uwolnić z zamknięcia w jej domu i przedłożyć skargę księciu Filipowi II. Na wolność się nie wydostała, bo ucieczkę udaremniono.

Kompletnie niezrozumiałe jest przypisywanie większej roli Bogusławowi XIII w tym tomiku. Pojawia się jego grafika i kilkakrotnie wspomina go Zygmunt Boras, jako spiritus movens pierwszych nieszczęść Sydonii. Faktycznie nie odegrał większej roli w historii Sydonii i jeśli już wymieniać zaangażowanych Gryfitów, to powinni to być: Ernest Ludwik, Jan Fryderyk, Filip II i Franciszek I.

Niektóre niedopowiedzenia utrudniają zrozumienie treści:

W kilka miesięcy potem książę Franciszek I podzielił los swoich braci, a ostatni z nich i ostatni z rodu Gryfitów zmarł 17 lat potem, bezsilnie patrząc na powolną ruinę państwa i kraju, którą przyniosła z sobą wojna trzydziestoletnia. Odszedł bezpotomnie, a wraz z nim skończyło swój byt polityczny całe państwo zachodniopomorskie.

No tak... ale kto to był? Dlaczego po prostu nie wymieniono z imienia Bogusława XIV? Być może dzisiaj wiemy nieco więcej o Sydonii von Borck czy historii Gryfitów. Jednak w 1970 dostępne były już dokumenty, o których Boras wspomina na początku, więc te wpadki nie mają wytłumaczenia.

Jednak to tylko posłowie a szersze informacje o Sydoni możemy uzyskać od ręki w internecie. Tutaj liczy się piękna poezja Stanisława Misakowskiego, którą warto przypomnieć. Zwłaszcza teraz, kiedy jej legenda odżywa z nową siłą.

Na koniec chciałbym przytoczyć fragment rozmowy Jerzego L. Ordana ze Stanisławem Misakowskim, wydany w monografii poety napisanej przez Dorotę Raczyńską w 1993 roku.

Jest Pan również autorem poematu historycznego „Sydonia”. Co było powodem zainteresowania się tą postacią historyczną? Czy na to zainteresowanie nie wpłynął fakt zamieszkiwania w Świdwinie, Koszalinie, Słupsku tj. na Pomorzu Środkowym, którego historia Jest tak silnie związana z historią Pomorza Zachodniego?

Rzeczywiście, czułem się zobowiązany spłacić dług ziemi, która mnie przyhołubiła. Ale kiedy przypadkowo trafiłem na arcycie- kawą historię pięknej Pomorzanki, pierwsza myśl o spłaceniu długu zbladła wobec postawy kobiety walczącej o słowo. Mało powiedzieć walczącej! Wyrzekającej się wszystkiego — posiadłości, rodziny, dachu nad głową, nawet życia! O co chodziło Sydonii? Czy tylko o zwykłe niedotrzymanie obietnicy małżeńskiej przez jednego z Gryfitów? Z niezwykłym stoicyzmem poświęciła swe życie w obronie słowa, a więc — godności człowieka, bo słowo także o tej godności stanowi. Kto w naszych czasach, czasach, kiedy słowem często się poniewiera, postąpi w ten sposób?

Dzieje Sydonii ciskającej klątwę na ród Gryfitów za odrzucenie jej miłości, niespełnienie obietnicy małżeństwa wydają się materiałem niesłychanie literacko atrakcyjnym. To postać jak z Szekspira. Czy nie chciałby Pan do niej jeszcze wrócić? Czy nie pociąga Pana tematyka historyczna?

Historia Sydonii i rodu Pomorzan w okresie tzw. czarnego półwiecza jest tak bogata w fabularne wątki, że można by je wykorzystywać bez końca, szczególnie w powieściach historycznych i sensacyjno-przygodowych. Z pewnością wielu pisarzy do tego okresu sięgnie. Zresztą w ostatnim czasie napisała na ten temat książkę Teresa Bojarska pod wpływem — jak mi się przyznała — mojego poematu. Widziałem też kilka dzieł malarskich... Dla poezji tematyka stwarza jednak pewne niebezpieczeństwo. Krytyka współczesna odnosi się z nieufnością do każdej próby pisania poematu fabularnego. „Sydonia” obroniła się i zainteresowała nie tylko czytelników, ale i realizatorów widowisk teatralnych. Wystawiana była przez amatorskie i szkolne zespoły niemal we wszystkich regionach Polski. Kilkakrotnie w różnych wersjach nadawana była przez radio warszawskie m.in. w reżyserii Tadeusza Aleksandrowicza. Powodzenie utworu przyczyniło się do tego, że wydawnictwo podjęło się jego wznowienia w masowym nakładzie.

Całość monografii dostępna tutaj: Dorota Raczyńska - Stanisław Misakowski. Świat mojej dłoni

Stanisław Misakowski zmarł w 9 lipca 1996 w Żyrardowie.